Mieszkanie we Wrocławiu ma to do siebie, że góry mam na wyciągnięcie ręki. W Karkonosze mogę jeździć praktycznie co tydzień. Oczywiście nie jeżdżę tak często, ale jeśli raz na kwartał nie wejdę na Śnieżkę, to czuję się chory. Tak się złożyło, że poprzednim razem byłem tam we wrześniu. Czyli czas był najwyższy znów się pojawić.
Wybór padł na sobotę, kiedy wszystkie prognozy mówiły to samo: lekki wietrzyk, brak śniegu, słoneczko prześwitujące przez chmurki. Przy odrobinie szczęścia uda się zrobić fotki takie, jak mojemu koledze rok temu: morze chmur, a wśród nich widoczne pojedyncze wystające szczyty. Cudo! W życiu się tak nie pomyliłem.
WYJAZD
Wstaję o piątej. Ubieram się, myję, kotę karmię. Kota widzi, że coś się święci, więc stosuje kurację uderzeniową: kładzie się w progu i rozciąga z miną: "Jak możesz wychodzić, mając do wyboru głaskanie mojego puszystego brzuszka!". Ale na naiwnego nie trafiła - ja wiem, że głaskanie brzuszka potrwa jakieś dwie sekundy, po czym zacznie mnie gryźć i kopać. Pakuję picie, przekąski, bilet kupiony dzień wcześniej. Do drzwi dobija się Lady M. Wychodzimy na tramwaj. I tu pierwsza niespodzianka: oboje byliśmy pewni, że jest wpół do szóstej, a jest za dziesięć. Na szczęście od razu podjeżdża tramwaj, ale i tak na peron wpadamy w ostatniej chwili.
ŚNIEŻKA
Czarny szlak na Śnieżkę nie jest moim ulubionym. Podejście jest monotonne, ze wszystkich stron drzewa, początkowo nawet nie ma ładnego krajobrazu, nie ma też żadnych ładnych skałek. W dodatku śnieg był ubity, zrobiło się ślisko. Przy okazji wydało się, że starość psia mać nie radość - bez kijków po tym śniegu nie dałbym sobie rady. Zastanowił nas tylko pewien niedobór w liczbie turystów. Nawet zimą na Śnieżkę ciągną tłumy, a tu nic, ze dwie osoby oprócz nas. Na wysokości Białego Jaru wszystko się wydało. Śniegu zrobiło się niemal po kolana i szło się naprawdę ciężko. Ludzie się więc wycwanili i wjeżdżali wyciągiem.

Przy Domu Śląskim minutka wytchnienia i idziemy dalej. Jesteśmy świadkami zadziwiającej sceny - wiele osób idzie w stronę ostatniego podejścia na Śnieżkę, patrzy na szczyt i zawraca. Nic dziwnego - ścieżka pokryta jest śniegiem i lodem, zamieniając się w idealnie gładką ślizgawkę, po której nawet trzymając się łańcucha trudno było się wspinać. A nasz bohater poradził sobie bez łańcucha. Ale znów - gdyby nie kijki, nie dałbym rady. Idziemy wytrwale na szczyt, będąc wyprzedzanymi przez dziarskich Czechów, a sami wyprzedzając Polaków. Jakoś bez kondycji ten nasz naród. Wspinaczka robi się coraz trudniejsza z powodu wiatru i zamieci. W pewnym momencie zastanawiamy się, czy nie zawrócić. Dochodzimy do wniosku, że skoro mamy się zabić, to lepiej w drodze na górę. Szczyt ledwo widać. Wreszcie, zza ściany śniegu, pojawiło się "UFO" - udało się! Bez raków, bez specjalistycznego stroju, obuwia i po prawdzie kondycji - weszliśmy. Na szczycie ogrzewamy się, zjadamy przepyszną zupę gulaszową (weźcie korony - taniej wychodzi!), ogrzewamy się chwilę i zbieramy do powrotu. Przypadkiem rzucamy okiem na tablicę informacyjną - temperatura -7 stopni, odczuwalna z 15 stopni niższa, wiatr 15 m/s. O szlag... Ale nic, trzeba wrócić do domu. Schodzimy, a właściwie ześlizgujemy się, trzymając łańcuchów. Wzorem osób przed nami, siadamy na ziemi i tak zjeżdżamy. Pionu nie da się już utrzymać.
NA SŁONECZNIK
Ze Śnieżki zwykle wracamy przez Samotnię. Tym razem chcieliśmy jednak nadłożyć nieco drogi i iść innym szlakiem - do uroczej skałki o równie uroczej nazwie Słonecznik. Na wybór wpłynął fakt napotkania po drodze rodzinki delikatnie mówiąc rubasznej i nieprzyjemnej. Chcąc być jak najdalej, w okolicy Spalonej Strażnicy oddzielamy się i wchodzimy na szlak czerwony. Troszkę niepokoi mnie fakt, że na szlaku nie widać żadnych śladów poza tymi, które zostawili dwaj narciarze, ale idzie się w miarę gładko. Do momentu, gdy po przejściu kilkuset metrów zaczęła się Zamieć.

Celowo używam dużej litery. To nie był sobie jakiś tam wiaterek. To była prawdziwa burza śnieżka, która zasypała nawet niektóre drzewa. Widoczność - jakieś 20 metrów. Idziemy siłą rzeczy pod wiatr. Momentami ledwo widać tyczki, którymi ktoś oznaczył szlak. Za każdym krokiem zapadamy się w najlepszym razie po kostki. Lady M. jako lżejsza radzi sobie lepiej, ale narzeka na wiatr. Ja jako cięższy mniej robię sobie z wiatru, ale zapadam się miejscami po pas. Myślimy czy nie zawrócić, ale uznajemy, że chyba już nie warto. W pewnym momencie zapadamy się oboje - po szyje. Jedynym możliwym sposobem przemieszczania się jest metoda "na pingwina" - położenie się płasko na brzuszkach i odpychanie rękami. W ten sposób pokonujemy - sądząc po liczbie mijanych tyczek - jakieś dwieście metrów. Nagle śniegu robi się mniej. Radośnie podnosimy się i już normalnie idziemy, niemal biegniemy... by nagle zapaść się znowu niemal po szyje. Nie chwal dnia... I znowu pełzniemy "na pingwina", by wreszcie zobaczyć majaczące zarysy Słonecznika. Udało się! Na miejscu spotykamy grupkę młodych ludzi, którzy wybierali się do Strzechy Akademickiej, ale zawracają, bo nie zdążą dojść do Domu Śląskiego przed zachodem Słońca. Zaraz, jak to przed zachodem? To która jest? Okazało się, że po trzeciej.
Co oznaczało, że odległość 3 km od Spalonej Strażnicy do Słonecznika pokonaliśmy w oszałamiającym czasie półtorej godziny. Już w Karpaczu dowiedzieliśmy się, że dosłownie parę minut po naszym na niego wejściu szlak zamknięto z uwagi na warunki pogodowe.
NARNIA
Ze Słonecznika szło się niemal wypoczynkowo. Napotkani turyści ostrzegali przed zaspami. Phi, zaledwie do kolan... Trakt jest gładki, wyjeżdżony przez narciarzy. W pewnym momencie skończyła się kosodrzewina i weszliśmy między świerki. Nagle wiatr ucichł. Zatrzymaliśmy się, rozejrzeliśmy...
Pamiętacie może tę scenę z "Opowieści z Narnii", kiedy Łucja dostała się do szafy i nagle weszła do cudnej urody ośnieżonego lasu. To już wiecie, co zobaczyliśmy. Dookoła potężne drzewa, zielone, pokryte iskrzącym śniegiem. Gdzieś między nimi szemrze strumyk. Między gałęziami widać iskierki - spadające płatki śniegu. Brakowało tylko latarni. A najpiękniejsza w tym wszystkim była Cisza. Przecudna cisza nieprzerwana najmniejszym szmerem, gdyż nawet wiatr nie ośmielił się zakłócić powagi chwili. Świat ucichł na chwilę...
Cóż, powrót do rzeczywistości jest bolesny, ale trzeba iść, jeśli chcemy wrócić do Karpacza przed zmrokiem. Droga powrotna była czystą przyjemnością - między innymi dlatego, że przez następną godzinę nie spotkaliśmy nikogo. Byliśmy tylko my, śnieg i drzewa. Czasami ludzie jednak nie są potrzebni do szczęścia. Czasem wręcz przeszkadzają.Po drodze minęliśmy jeszcze skały o wdzięcznej nazwie Pielgrzymów. Tam urządziliśmy ostatni postój, przy czym okazało się, że na zaspokojenie głodu przyjdzie poczekać - wszystko w plecakach totalnie zamarzło. Z pragnieniem był mniejszy problem - chociaż napoje były zamrożone, zawsze można najeść się śniegu.
POWRÓT
Jazda do Wrocławia nie obfitowała już w żadne szczególne wydarzenia, pomijając fakt, że w poczekalni dokonaliśmy paru interesujących odkryć. Lady M. zamarzły włosy. U mnie to samo spotkało sznurówki w butach. Kaptur miałem tak sztywny, że w celu zdjęcia musiałem go dosłownie połamać. Wsiadamy do pociągu. Jeszcze podczas postoju podchodzi do nas konduktor.
- Dobry wieczór, poproszę bilety.
- Przepraszam, ale plecak jeszcze nie odtajał.
Dopiero teraz facet zobaczył, w jakim jesteśmy stanie, machnął ręką i poszedł. Po kwadransie w klimatyzowanym pociągu (jeszcze raz brawa dla KD!) rzeczy odtajały na tyle, że można było otworzyć plecaki i pokazać bilety. Okazało się, że przezorność nakazująca owinięcie ich w folię pomogła i wszystkie dane dało się odczytać.
Na koniec taka sytuacja: na stacji w Wojanowie wsiada kilkoro turystów będących żywą reklamą wyposażenia dla turystów górskich. Wybrali się na wycieczkę, ale zrezygnowali, bo żeby w takich warunkach wędrować po górach, to musieliby jeszcze wiele trenować.